FOTOGRAFIA LIFESTYLOWA

SLOW LIFE dla wybrańców?

Interesuję się ostatnio szeroko rozumianym „slow lifem” (jakkolwiek głupio nie brzmi interesowanie się „życiem” ;)) i ogólnie jestem na tak. Sama mam tendencję do tego, żeby wszystko robić w pośpiechu, wszystko na raz i na już. Hasło „jestem w niedoczasie” prawdopodobnie wypowiadam kilka razy dziennie, czego w sobie żywo nienawidzę. W związku z tym jestem żywo zainteresowana tematem „zwolnienia” i sprawienia, że moje życie będzie trochę spokojniejsze, milsze i nie tak zabiegane.

Fajnie, że pojawiają się na ten temat książki (jest jeszcze ktoś, kto nie czytał „Hygge”?), dyskusje, blogi i posty. Super, że na każdym zakręcie możemy się potknąć o porady jak się zrelaksować. Gorzej, że te wszystkie złote rady brzmią coraz bardziej absurdalnie – jeszcze chwilę i zaczniemy czytać w necie o tym, jak wypocząć w trzy minuty i ile nerek trzeba sprzedać, żeby znaleźć chwilę na przeczytanie strony z książki.

Odpoczynek to nie luksus!

Im więcej tego czytam, tym bardziej jestem przerażona. Kto i kiedy wmówił nam, że wypicie w spokoju herbaty to luksus? Albo że wyjście na spacer trzeba planować z tygodniowym wyprzedzeniem, najlepiej wpisując je w kalendarz? Serio jest z nami tak źle? Nie chcę w to wierzyć 🙂 Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co ja sama robię dla siebie, czy mam okazje do odpoczynku, i czy z nich korzystam. I zaskoczyłam sama siebie.

Masz prawo do lenia

To pierwsza i najważniejsza rzecz, którą musiałam przepracować. Że nie wszystko musi być na tip-top. Że jak nie ugotuję obiadu, to nie umrę z głodu (dziękuję niebiosom za Pana Kanapkę i stołówkę w miejcu pracy!). Że naczynia postoją w zlewie do rana, a ja w tym czasie wezmę długą kąpiel z książką, to naczyniom nie pękną serduszka, a ja nie będę musiała za kilka lat wydawać połowy wypłaty na psychoterapeutę. Nie mówię, żeby totalnie się zapuścić, ale żeby ODPUŚCIĆ. I nie mieć z tej okazji żadnych wyrzutów sumienia. „Sprzątnięcie głowy” brzmi jak coś ważniejszego od sprzątnięcia łazienki, c’nie?

Masz czas na odpoczynek

Każdy ma. Serio. Zaliczyłam ostatnio warsztaty z Zarządzania Energią Życiową (to dopiero brzmi jak niezła faza xD) i została tam powiedziana jedna rzecz, którą kupuję i uważam, że ma to sens – jeśli w ciągu każdego dnia zużywamy 100% energii i nie uzupełniamy deficytów, to tej energii starczy nam może na 50 lat. Nie wiem jak Wy, ale ja planuję spokojną starość w Bieszczadach ([brakuje mi tu emotikonek, na przykład LOL]), więc życie do pięćdziesiątki mnie nie urządza.

Naprawdę sądzę, że każdy z nas znajdzie w ciągu 24 godzin czas na odpoczynek, wypicie tej nieszczęsnej herbaty, pooglądanie kota, który szoruje sobie łapki czy posiedzenie w ciszy i ponudzenie się trochę. Jeśli myślisz, że nie masz na to czasu, wyłącz na jeden dzień internet w telefonie. Mogę się założyć o skrzynkę piwa, że znajdziesz czas… 😉

Relaks nie musi być spektakularny

Prawdziwe odpoczywanie prawdopodobnie nie będzie dobrze wyglądało na insta. Kilka razy zdarzyło mi się zepsuć chwilę „odcięcia” (w stylu leżenia na kanapie i liczenia pasków na listkach trzykrotki O_o), bo uznałam, że to super moment do zrobienia zdjęcia na instastory. Jeb, po relaksie. Nie trzeba jechać na Bali i huśtać się na hamaku zawieszonym tuż nad zapierającym dech w piersiach widokiem. Nie trzeba kupować nowego emaliowanego kubka do kawy, nie trzeba zapalać ledowych lampeczek i cotton ballsów do czytania książki, nie trzeba siedzieć w bialutkich wełnianych podkolanówkach.

Można po prostu iść na spacer dookoła bloku i głęboko pooddychać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *